13 marca 2012

A gdyby James Bond był Szwedem...

Był sobie kiedyś taki pisarz, nawet znany, Jan Guillou. I usiadł sobie pewnego razu i zaczął pisać. Pisał i pisał... Aż napisał kilka książek sensacyjno-szpiegowskich. A później ktoś stwierdził, że są one takie fajne, że warto na ich podstawie nakręcić filmy.


I tak powstał "Hamilton - I nationens intresse" ("Hamilton - w interesie narodowym"). Co prawda na najnowszą ekranizację wierni fani czekali prawie 15 lat, ale było warto. Przyłożyli się filmowcy do swojej pracy, wydali kilka sporych worków koron (ok. 43 mln SEK, czyli ok. 22 mln PLN), zatrudnili kogo trzeba i... powstał film.






Na dobry początek - trailer:


Szwedzki Wywiad nie ma prawa odbierać nikomu życia, chyba że ktoś zagraża interesowi narodowemu... Na szczęście jest Hamilton, dzielnie podbijający statystyki!


Komandor Carl Hamilton jest doświadczonym pracownikiem operacyjnym wywiadu szwedzkiego (ze specyficzną "licencją na zabijanie"), przed którym postawiono zadanie infiltracji międzynarodowych grup odpowiedzialnych za nielegalny handel wyspecjalizowanymi pociskami rakietowymi. W Etiopii zostaje porwany szwedzki inżynier, wszędzie roi się od podejrzanych Amerykanów, a sam Hamilton staje przed najtrudniejszym w życiu wyborem...
 

"Hamilton" był dla mnie filmem pełnym miłych niespodzianek. Podchodziłam do niego z lekką nieufnością, oczekując czegoś pomiędzy, ekhem, tzw. specyficzną emocjonalną wyrazistością filmów Bergmana, a nieudolnym naśladownictwem amerykańskiego kina akcji (które w Szwecji wielbi się równie mocno, jak w Polsce). Tymczasem zaczęło się interesująco, przepisowy wybuch wulkanu (z całą swoją wieloznacznością), a potem napięcie tylko wzrastało.
Mikael Persbrandt grający bohatera tytułowego to skandynawski Bruce Willis. Przyłożył się w roli specjalnego agenta do tego stopnia, że ćwiczył to i owo z wojskowymi oddziałami specjalnymi, więc sekwencje walk wyglądają surowo, mocno i wiarygodnie.
Akcja filmu rozgrywa się w kilku miejscach na świecie, co nadaje jej dodatkowej dynamiki. Samą fabułę też trzeba pochwalić, bo jest miłą odmianą po niektórych odmóżdżających holiłudzkich tworach. Nie dość, że coś się dzieje, to jeszcze ma to sens i czasem nawet głębię! Nie ma postaci jednoznacznie "białych" i "czarnych", a brak umownego mrugania do widza pt. Dobro Zawsze Zwycięża sprawia, że nie wszystkie wydarzenia da się przewidzieć.



 Miło było odnaleźć ojczysty akcent w filmie -
- ukochana Hamiltona jest pochodzenia polskiego.


Dodatkowym plusem filmu jest obsada - szwedzką panią premier gra Pernilla August (uznana reżyserka i aktorka, a.k.a. Shmi Skywalker, tak, TA Shmi - mama Anakina ze Star Warsów), Kevin McNally (bosman Gibbs z "Piratów"), czy Jason Flemyng (chociażby z kultowego "Lock, Stocka...").

Na sieci jest kilka oficjalnych fragmentów promujących film, można je sobie obejrzeć tutaj .






Podsumowując - "Hamiltona" polecam przede wszystkim fanom kina akcji, szczególnie tym, którzy szukają odmiany po przeróżnych produkcjach bardzo niskich lotów zza Wielkiej Wody. "Hamilton" nie jest arcydziełem tego gatunku, ale dodaje do niego powiew europejskiej świeżości. Fani Jamesa B. również się nie zawiodą - wybuchów i szybkich zwrotów akcji jest sporo. Co prawda na ekranie Hamilton nie pije drinków wstrząśniętych i nie zmieszanych, a panie, które u jego boku widać, są silnymi, niezależnymi kobietami zdecydowanymi na wszystko, nie zaś bezbronnymi kociakami... ale może właśnie dzięki temu film zyskuje jeszcze bardziej na wartości.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz