18 lutego 2010

Norweska Podwodna Jednostka Specjalna


Norwegia. Kraj, gdzie "lasy wiecznie śpiewają". Niewielu ludzi tam mieszka (zaledwie 1/8 liczby mieszkańców Polski) - może dlatego, że ostatnimi czasy lasy zaczęły rapować. Dzielni Norwegowie jednak wcale się nie nudzą w swej leśno-skalistej ojczyźnie - czego dowodem jest ostatnie niesamowite znalezisko, które możemy obserwować dzięki Google Street View".




 Wystarczy tylko:

  1. Kliknąć o, tutaj.
  2. Przeciągnąć ikonkę żółtego ludzika dokładnie nad balonik z literką "A".
  3. Porozglądać się uważnie po ulicy ;)





    Gdy już to zrobimy - oczom naszym ujawni się jedyny w swym rodzaju widok - są to tajne manewry wykonywane przez członków Norweskiej Podwodnej Jednostki Specjalnej.
    ...

    No, dobra. Tak naprawdę, to tym miłym panom się nudziło, więc postanowili gonić samochód robiący zdjęcia do "Google Street View" ;)

    20 stycznia 2010

    Kosmaty słowniczek, czyli Szwed i Polak - dwa bratanki.

    Ponieważ wciąż panuje moda na naukę języków skandynawskich, postanowiłam przybliżyć Wam znaczenia coponiektórych słów szwedzkich i polskich (a okazjonalnie też angielskich). Jeśli wybieracie się na wycieczkę do Szwecji - gwarantuję, że ta jedyna w swoim rodzaju wiedza pewno się przyda!

    bra

    Znawcy języka angielskiego na pewno pomyśleli sobie o pewnym słowie bardzo frapującym płeć męską (i żeńską też, choć w zgoła innym sensie). Jak wiadomo, mężczyznom chodzi o zawartość, a kobietom - o opakowanie ;)

    W języku szwedzkim słowo to nie ma (niestety) nic wspólnego z damską bielizną - "bra" oznacza po prostu "dobry". Istnieje wszakże wiele sporów na temat tego, jak należy tłumaczyć "jattebra" - "bardzo dobry", czy może z angielskiego "giant bra" (a.k.a. "wielki stanik"). Pozostawiam to jakże istotne zagadnienie do kontemplacji...


    halka

    Wbrew pozorom, szwedzkie świntuszki nie mają wcale na myśli tego, co damy miewają pod sukienkami - o, nie. Szwecja to wszak kraj śniegu, lodu i porywistego wiatru. Gdy Prawdziwy Wiking mówi "halka!", nie ma na myśli opery Moniuszki, nie chce też powiedzieć: "Zzuj, kobieto, swą bieliznę, a chyżo!", lecz "Ale tu dziś ślisko!".




    A oto, jak szwedzcy wieśniacy  mieszkańcy małych miasteczek (z zamiłowaniem do motoryzacji, osobliwie do leciwych amerykańskich samochodów marki chevrolet) radzą sobie z niesprzyjającą zimową aurą:




    smak
    Tu należy sięgnąć do naszej dawnej, acz wspólnej historii. Otóż dawno, dawno temu nasi północni sąsiedzi, jako mieszkańcy surowych ziem, nie mieli u siebie do jedzenia nic zbyt efektownego. Podczas zimy (trwającej przez większą część roku, zanim dochrapali się globalnego ocieplenia) mogli liczyć jedynie na wychudzone krowy, tudzież inną kopyciznę, zatęchłą mąkę i skisłe jagody. Sami przyznacie, że nawet Sułtan Rozkoszy Podniebienia Brillat-Savarin nie umiałby upichcić z takich składników nic smakowitego. Wygłodzeni Szwedzi łakomie więc spoglądali na mlekiem, miodem i zbożem płynące polskie ziemie - nic dziwnego więc, że po pewnym czasie przypomnieli oni sobie o swych wikińskich korzeniach.

    "W zawodzie Wikinga najbardziej cenię sobie gwałcenie i rabowanie"
    - mawiał Leif Erikson

    Wkrótce potem miał miejsce niejaki Potop Szwedzki. Wojska szwedzkie zamiast walczyć, rzuciły się na przepyszne polskie jedzenie - zżerając wszystko w zasięgu wzroku, łącznie z tłustymi świnkami, dorodnymi kurami oraz dachem chlewika. W końcu nie zostało już zbyt wiele do zjedzenia, więc szwedzki król Karol X Gustaw stwierdził, że już się tak nie bawi i wraca do domu, do Szwedzkiego Kucharza, który obiecał mu przyrządzić klopsiki mięsne (köttbullar) w kolorach narodowej flagi. Od tamtych czasów polskie słowo "smak" w języku szwedzkim oznacza dokładnie to samo, co u nas. Wcześniej Szwedzi tego pojęcia nie znali.

    Karol Gustaw nr porządkowy X wraca do domu (kluczowa scena pomiędzy 00:30 a 01:14):



    Szwedzki Kucharz przygotowuje köttbullar dla miłościwego pana:





    I to by było tyle na dziś.
    W następnym odcinku: czym się różni Szwedzki Kucharz od Borga i czy każdy Szwed ma ogon.

    13 stycznia 2010

    Ich wollte so gerne FLEISCH! (aka MJENSOOO!)

    Przez śniegi i mrozy bezkresne dzielnie przedzierali się nieustraszeni podróżnicy w swym powozie jako żywo drakkar z wyglądu przypominającym. Wiatr dął nieubłaganie i ani myślał przestać. Kolejny dzień w drodze wyciskał nieubłagane piętno na dwójce pionierów badających cuda i dziwy tajemniczej krainy zwanej Zachodnią Germanią.



    Automagiczna Busola niezłomnie wskazywała kierunek północny i ani myślała przestać. Zmierzch nadchodził wielkimi krokami, na próżno podróżnicy wzrok wytężali szukając jakichkolwiek oznak istnienia ludzkich siedzib, wszak czas na popas był najwyższy. Doskwierało im zimno, pragnienie (osobliwie marzyli o ciepłym napoju parzonym na bazie liści pochodzących z dalekiego Kitaju), a także zza węgła wyzierał (uśmiechając się coraz bardziej triumfalnie) niejaki Głód.
    - Azali uważasz, że gdzieś w ogóle istnieje jeszcze jakaś cywilizacja, nie przysypana śniegiem, nie skostniała od wszechobecnego mrozu? - zagaił jeden z podróżników, marszcząc brwi.
    - Nie sądzę. Zostaliśmy rzuceni przez los na pastwę nieokiełznanych żywiołów! Widmo śmierci głodowej krąży po okolicy... - zamyślił się posępnie drugi, wciąż rozglądając się wokół i zerkając co jakiś czas w wypłowiały pergamin będący najprawdopodobniej mapą tej dziwacznej okolicy.
    - Słyszałem onegdaj, że pono skórzana tapicerka drakkaru nadaje się do powolnego przeżuwania - z odrobiną keczupu, rzecz jasna.
    - Wspomnij wszak historię podniebnego powozu, który roztrzaskał się w Górach Andyjskich. Pasażerowie musieli nauczyć się pichcić nowe potrawy z ludziny. I to bez przypraw!

    W tym momencie podróżnicy łakomie (acz ukradkowo) otaksowali wzrokiem siebie nawzajem. Każdy z nich w pamięci uporządkował kilka najsmakowitszych przepisów kulinarnych.

    ***
    Robaki. 
    Dla zabicia czasu i choć chwilowego zapomnienia o dręczącym ich głodzie (świąteczna szyneczka pieczona domowym sposobem, indyk z jabłkami, rodzynkami i cynamonem...), podróżnicy rozpamiętywać rozpoczęli igrce i rozrywki z lat dawnych.
    - A pamiętasz Łormsy? I ta bazóka...
    - Najlepsza i tak była atomówka.
    - Ciekawe, jak by taki robaczek smakował upichcony na ruszcie radioaktywnym... - wyrwało się jednemu z podróżników nagle.
    - Mmm...
    WTEM!

    - Azali... skręcamy?


    ***


    Bonn i Bambi.
    Bonn, jakie jest, każdy widzi. Albo wygoogla. Beethoven, teatry, uniwerek, ministerstwa. Le haute lans.
    Nie każdy jednak wie, że pod tą kunsztowną pozłotą kryje się Pradawne Y Omszałe ZUO. Mhrokkk skondensowany.
    Utrudzeni niezmiernie podróżnicy dotarli w środku ciemnej nocy do Domu Niemieckiego, ostatniej przyjaznej ostoi zachodniej cywilizacji po tej stronie Rio Mosel. Mróz ściskał wszystko w swych szponach, włączając w to Magiczny Eliksir z Trawy Bizoniej wieziony do Czcigodnych Przodków jednego z podróżników - na Daleką Północ. Niczym bohaterowie powieści Jacka Londona wystawili warty, posilili się skromnymi resztkami bezmięsnych (!) zapasów (bowiem wszelakie przybytki żywnościowe, ku wielkiemu smutkowi podróżniczych wnętrzności, miały drzwi już od dawna zawarte) i udali się na zasłużony spoczynek. Śnili o mięsie. Nie spodziewali się jeszcze mrożących krew w żyłach wydarzeń, których świadkiem bedą następnego dnia.
    Ranek powitał ich śniegiem skrzącym się wesoło w świetle rozespanego słońca. Wygłodniali rzucili się na Prawdziwe Niemieckie Śniadanie - jajeczniczka, smażone plastry boczusia, świeże bułeczki, aromatyczna herbata i dżem truskawkowy prawdziwie nordyckiej roboty. Bratwurst również się objawił (Sauerkraut miała wychodne).
    - Mjenso jest dobre. - stwierdzili podróżnicy zgodnie.
    Rozkosznie posileni, wyruszyli w dalszą drogę.

    WTEM!



    Ujrzeli wielki szyld z wizerunkiem znanego wszystkim jelonka, a pod spodem napis: "BAMBI Fleisch-Shop". Z wrażenia ich drakkar omal nie wpłynął na mieliznę, a aparat odmówił posłuszeństwa. Dlatego też w ramach etykiety zastępczej - wizerunek podobnego przybytku mięsnego, mieszczącego się w pobliskim Aachen.


    Bambi-Grill. Allah Akbar!
    Nie, nie jedliśmy tam nic. Następne mięso zjedliśmy już w Danii... ale to już zupełnie inna historia ;)


    Zdjęcia:
    moje własne, albo z naszego internetu.

    18 grudnia 2009

    Nie czytaj tego posta, jeśli nie masz dużo wolnego czasu!

    Wygrzebane z sieci - trzy wysoko uzależniające gry logiczne i pseudostrategiczne (czy jakkolwiek byśmy je nazwali). Jeśli nie macie wystarczającej ilości czasu - lepiej w ogóle nie klikajcie, bo okrutnie uzależniają.


    1. GemCraft - potwory grasują w magicznej krainie, gracz jest jedynym czarodziejem, który może uratować świat używając kamieni szlachetnych o magicznych i wybuchowych właściwościach.




    2. Splitter 2 -  przytnij deseczkę, utnij niteczkę, załataj dziurę w murze - a wszystko po to, żeby kulka doleciała do celu. Miła gra logiczna.




    3. Superstacker - układaj głupio uśmiechnięty klocek na innym klocku, do oporu - byle tylko nie zawalić "wieży". Gra niby prosta, ale ma w sobie to coś... i ten dreszczyk emocji na wyższych poziomach!





    Najbardziej do gustu przypadł mi GemCraft. A Wam? :)

    Obrazki wzięłam z naszego internetu ;)

     

    13 grudnia 2009

    Mistrz Sapkowski w Hiszpanijej wydany

    O Sapkowskim nie trzeba się rozpisywać zanadto, wszyscy wiedzą co, jak, gdzie i po co. Przejdźmy do meritum - kawałek czasu temu na sieci pojawiły się ilustracje do okładek hiszpańskiego wydania jego książek. Pamiętając polskie wydania Sagi o Wiedźminie oraz Trylogii Husyckiej, zerknijmy teraz na ich hiszpańskie odpowiedniki.

    "Ostatnie życzenie":

    Geralt - świetnie sportretowany, nieprawdaż?


    "Miecz przeznaczenia":

    W końcu porządnie, klimatycznie i czarodziejsko - kobieco (ale nie wulgarnie) ukazana Yennefer.

    "Krew elfów":

    Jaskier w wersji hiszpańskiej (szczególnie ta bródka!), zgodnie z książkowym opisem: pan mający pod 40-tkę, nieco "wymięty" po ostatniej popijawie, o jurnym spojrzeniu. O wiele bardziej podoba mi się ta wersje jego wyglądu od tych, które widzimy w grze "Wiedźmin" lub w nieszczęsnym filmidle polskim (Zamachowski IMO jest zbyt misiowaty "okrąglutki" do takiej roli).

    "Czas pogardy":

    Swietnie zobrazowana Ciri, w byle jak uszytym, siermiężnym ubraniu, wśród ruin...

    "Chrzest ognia":

    Osobiście uważam, że Milva przedstawiona na starej okładce SuperNowej bardziej odpowiada mojemu wyobrażeniu łuczniczki. No, ale rozumiem - trzeba przyciągnąć młodego męskiego czytelnika ;)
    Hiszpańskie rysy Milvy i kolczyki/piercingi - ciekawy eksperyment swoją drogą.

    "Wieża Jaskółki":

    Tak, to jest Regis - w końcu w książce wyraźnie stało, że był aptekarzem. Początkowo miałam pewne zastrzeżenia do tego wizerunku, ale po namyśle stwierdziłam, że wcale nienajgorzej się tu prezentuje. A te paznokcie i kolor oczu!

    "Pani Jeziora":

    A i owszem - Cahir doczekał się własnego portretu! Wprawdzie jego hełm wyobrażałam sobie bardziej złowieszczo, ale uważam, że ogólnie jest to całkiem udany wizerunek.


    "Narrenturm":

    EDIT: Jest to hiperrealistyczna przeróbka fragmentu obrazu Pietera Bruegela Starszego "Triumf śmierci" (oryginał tutaj).


    Na stronie autora ilustracji - Alejandro Colucci - można znaleźć jeszcze jedną ilustrację do zbioru opowiadań "Droga, z której się nie wraca" (u nas: "Coś się kończy, coś się zaczyna"):




    Warto zwrócić uwagę na detale i przyglądnąć się każdej ilustracji w powiększeniu - często jest kilka fajnych smaczków do zaobserwowania, które na pewno doceni każdy uważny czytelnik książek Sapkowskiego.

    PS. Pozdro dla zioma Inkiego, który cześć linków wyszperał.

    Linki: 
    wydawnictwo - http://www.alamutediciones.com
    strona autora ilustracji: http://www.epicaprima.com/ - Alejandro Colucci

    7 grudnia 2009

    Co tam, panie, w Kopenhadze? - Ano, ciepło..


    A tak, ciepło. Zerkam (rzutem oka umieszczonego na antence przysłowiowego beretu) przez Oresund w stronę Danii. Co tam widzę? Ano, panie, mgłę. Zamiast tego powinnam była ujrzeć zarysy przedmieść Kopenhagi.




    Czy to członkowie kopenhaskiego szczytu klimatycznego tak namiętnie palą papierosy, czy może to "cieplutkie" spaliny? ;)


    Przez kilka ostatnich dni było dość chłodno (nawet do -2 stopni w nocy), ale jakoś się ostatnio podejrzanie ociepliło. 5 stopni po południu, czysta rozpusta! Oczywiście nie sposób winić za ten stan rzeczy niczego innego, aniżeli Konferencji Klimatycznej w Kopenhadze.

    Cyferki mówią same za siebie:

    16500 - liczba planowanych uczestników; dzisiejsze raporty mówią o conajmniej podwojonej tej liczbie (głównie dziennikarze i członkowie różnorakich NGO z całego świata). Dla chętnych: policzyć ile samolotów trzeba na transport tylu osób, plus paliwo (ah, spalinki, mniam) i tony śmieci produkowanych przez każdego uczestnika.

    1200 - liczba limuzyn, które mają wozić uczestników, oczywiście z silnikiem diesla (tylko 5 spośród nich to elektryki; hybrydowe samochody są bardzo w Danii kosztowne dzięki nałożonym na nie wysokim podatkom).

    140 - tyle właśnie prywatnych odrzutowców dowiozło co znaczniejszych uczestników na miejsce.

    200 - to całkowita liczba rowerów do wypożyczenia u organizatorów (jeśli ktoś ma ochotę być podczas konferencji naprawdę "eko" - w założeniu, jak widać, szansę tę będą mieli tylko nieliczni).

    Prawda, że od razu robi się cieplutko? ;)







    A co poza tym?
    USA z Obamą na czele będą twierdzić, że ich niezbyt wygórowane cięcia emisji gazów cieplarnianych są naprawdę duże i nie mogą więcej. Premier Szwecji (która ma teraz w EU prezydencję) powie, że to za mało, bo Szwedzi deklarują o wiele więcej, a cała EU gotowa jest ciachnąć emisję nawet dwukrotnie więcej.
    Chiny i Indie wprawdzie obiecują wprawdzie zmniejszyć zużycie węgla na obywatela do roku... (tu należy wstawić jakąś odległą datę, ale każdy się będzie cieszył, że w ogóle przyjechali), jednak poproszą o fundusze na rozwój nowych technologii energetycznych. I tak dalej...


    Co z tą Polską?

     Polscy specjaliści biją na alarm, mówią o radykalnym wpływie cięć emisji gazów cieplarnianych na polski (dogorywający zresztą) przemysł, o kwotach, o miliardach z budżetu przeznaczonych na magiczne "kwoty", zamiast na rozwój szpitali, czy szkół (ogrzewanych węglem, rzecz jasna - przecie to nasze, polskie "czarne złoto i basta!). Nikt nie pomyśli, tak jak nie myślał od 1990 roku, o poważniejszym zabraniu się za korzystanie z alternatywnych, odnawialnych źródeł energii. Dlaczego? Bo to myślenie zbyt długofalowe, sięgające zamysłem na dłużej niż najbliższa kadencja sejmu, a poza tym koszta zbyt wolno się zwracają. Aha, elektrownie atomowe są dalej "śmierdzącym jajem" polskiej polityki i planowania, podczas, gdy wokół Polski jak grzyby po deszczu rosną powyższe elektrownie, coraz bardziej wydajne elektrownie wodne, czy osławione ogromne wiatraki na terenach nadmorskich sąsiednich krajów.


    Linki na dziś:
    http://en.cop15.dk/ - strona KKK, znaczy... no, sami wiecie co miałam na myśli ;) (aha, i jeszcze to, o numerkach)
    http://climate.nasa.gov/Eyes/ - Eyes On Earth 3D - fajny projekt NASA, przeleć się z satelitą!
    http://bldgblog.blogspot.com/2009/11/million-years-of-isolation-interview.html - megalomański amerykański sposób na załatwienie sprawy odpadów atomowych... (z minidedykacją dla Wolviego ku pamięci naszej "śmietnej" dyskusji)

    Źródło zdjęcia: internet (fotosik.pl)



    10 listopada 2009

    Fasolowy Boczek Szatana

    Nadszedł listopad, a wraz z nim - deszcz, wiatr, przymrozki i ogólna plucha. Słonka jakoś nie za wiele, więc trzeba sobie humor poprawiać na inne sposoby. Dziś niech to będzie przepis na najbardziej szatanowską (a jaka inna miałaby być?) sałatkę świata po tej stronie Rio Gildio. Tak, tak, drogie dziateczki - albowiem sałatka, jakiej przepis zaraz wam zdradzę, swoje pierwsze sukcesy święciła na Dawnych Y Uznanych imprezach gildyjnych. Sprawdza się ona w każdych warunkach - rozgrzewa (przygotowana na ciepło z dodatkiem mrożących krew w żyłach piekielnych składników) i oczywiście smakowicie wypełnia ;)




    Fasolowy Boczek Szatana to sałatka bardzo prosta w przygotowaniu i pozostawia szerokie pole do popisu podczas jej produkcji - można dodać lub podmienić kilka mniej kluczowych składników bez obawy, że straci swoją wrodzoną szatańskość.




    AKT I - Składniki.
    Przygotowując Fasolowy Boczek Szatana nie obejdziemy się bez następujących produktów:
    - 1 sałata rzymska lub lodowa (osobiście wolę lodową, bo tak ładnie "chrupie")
    - 1 puszka czerwonej fasoli (może być w zalewie zwykłej lub pikantnej)
    - 1 puszka kukurydzy (jak najsłodszej!)
    - 2 średnie cebule (jedna z nich może być czerwona lub czosnkowa - dodaje smaku!)
    - 1 szklanka pikantnego keczupu (uwielbiam keczup - Włocławek, Pudliszki, albo domowej produkcji, więc zazwyczaj dodaję nawet 1,5 szklanki, lub więcej... mniam)
    - 1 duża czerwona papryka (a jeśli czujemy się odważni - można dodać troszkę papryczki chilli do smaku)
    - 5-10 dkg wędzonego boczku w cienkich plasterkach (MIĘSO! = im więcej, tym lepiej)
    - kilka kropli tabasco
    - szczypta pieprzu cayenne.

    Opcjonalnie:
    - puszka zielonego groszku (jeśli akurat mamy taki kaprys),
    - oliwki (pokrojone w poprzek - "krążki"),
    - ciecierzyca (w smaku trochę przypomina orzechy).



    AKT II - Przygotowanie.

    1. Warzywka
    Świeżutką i chrupiącą sałatę dokładnie oczyścić, opłukać, osuszyć i pokroić w paseczki. Paprykę oczyścić (i oczywiście usunąć gniazda nasienne), strąk opłukać i pokroić w drobną kostkę. Jeśli dodajemy troszkę papryczki chili - również drobno ją pokroić (po tym wyczynie uwaga na palce - nie pakować ich do oczu!:D). Fasolę oraz kukurydzę opłukać pod bieżącą, zimną wodą i dokładnie osaczyć na sitku. Wszystkie te składniki włożyć do dużej miski i wymieszać.








    2. Pikantny sos keczupowy
    Cebule obrać, pokroić na cząstki lub krążki. Plasterki wędzonego boczku można zostawić w całości - ja lubię je pokroić na "paseczki" (ładnie się wtedy komponują z sosem) - usmażyć na chrupko na suchej patelni, wraz z kawałkami boczku zeszklić cząstki cebuli. Dodatkowo, możemy osobno usmażyć kilka plasterków boczku w całości i zdjąć z patelni do ostygnięcia. Do podsmażonej cebuli i boczku wlać keczup, zamieszać, krótko zagotować, odstawić do ostygnięcia. Następnie doprawić sos na pikantnie do smaku kilkoma kroplami tabasco i pieprzem cayenne.




    AKT III - Podanie.
    Przygotowane wcześniej składniki w misce polać przygotowanym sosem. Całość dokładnie wymieszać, na wierzchu ułożyć usmażone wcześniej dodatkowe plasterki boczku.


    Na koniec najważniejsze: jeść ze smakiem! :)



    Składniki:
    - 1 sałata rzymska
    - 1 puszka
    czerwonej fasoli (w zalewie)
    - 1 puszka kukurydzy
    - 2 średnie cebule
    - 0.75 szklanki
    pikantnego keczupu
    - 1 duży strąk czerwonej papryki
    - 5 dkg wędzonego boczku w cienkich plasterkach
    - kilka kropli tabasco

    Opis przygotowania:
    Sałatę rzymską oczyścić, opłukać, osuszyć i pokroić w paseczki. Paprykę oczyścić (usunąć gniazda nasienne), strąk opłukać i pokroić w drobną kostkę. Fasolę oraz kukurydzę opłukać pod bieżącą, zimną wodą i dokładnie osaczyć na sitku.
    Następnie przygotować pikantny sos keczupowy. Cebule obrać, pokroić na cząstki lub krążki. Plasterki wędzonego boczku wysmażyć na chrupko na suchej patelni
    , po czym zdjąć z patelni i na wysmażonym tłuszczu zeszklić cząstki cebuli. Wlać keczup, zamieszać, krótko zagotować, odstawić do ostygnięcia. Następnie doprawić sos na pikantnie kilkoma kroplami tabasco.
    Sałatę przełożyć do miski, wymieszać z pokrojoną papryką, osaczoną fasolą i kukurydzą, polać przygotowanym sosem. Miskę przykryć talerzem i odstawić na 15 min.
    Wszystkie składniki sałatki dokładnie wymieszać, przełożyć na półmisek, na wierzchu ułożyć wysmażone plasterki boczku.
    Opis / Uwagi:
    do sałatki można również dodać ciecierzycę (w smaku
    przypomina orzechy) lub zielony groszek.